|
|
czwartek, 15 kwietnia 2010
Silence...

Są takie chwile, kiedy poszczególne wyrazy duszą się w gardle i nawet najbardziej elokwentny czarodziej słów nie jest w stanie powiedzieć ani jednego logicznego zdania, spłodzić jakiekolwiek rozsądnego tekstu, który, chociaż po części, uświadamiałby odbiorcom, co tak naprawdę z danych słów wynika. To nie czlowiek kształtuje okoliczności, to okliczności kształtują człowieka. Drążą jego percepcję, żłobią meandry siły woli, jednego dnia delikatnie, by następnego już z porywczą gwałtownością ścierać się z ludzką konstrukcją moralną i nieustannie wywierac swój przemożny wpływ na naszą egzystencję. To, co piszę, to być może truizm z rzędu tych najbardziej oczywistych. Ale nie zapominajmy, że najbardziej oczywiste wydają się nam te pojęcia, których znaczenie przestaliśmy zgłębiać.
W takich okolicznościach Gran Derbi oglądało się po prostu dziwnie. I zapewne nie jest to jedynie pogląd czlowieka, którego naród przeżywa jedną z najstraszniejszych tragedii cywilizacyjnych. Mecz bowiem oszałamiającym widowiskiem nie był, zawodnicy poruszali się po boisku wręcz sennie tak jakby ich psychika podległa jeszcze większemu wstrząsowi niż w kraju nad Wisłą. Barca była zespołem lepszym, była lepiej zorganizowana, efektywniej i efektowniej operowała piłką sprowdzając momentami futbol do rangi banalnego (z pozoru) ustawiania trójkątow. Guardiola zaskoczył wszystkich swoją taktyką, za jego kadencji Barca w podobnym ustawieniu nie grała bowiem nigdy. Szkoleniowiec "Dumy Katalonii" ma jednak w drużynie takich grajków, że dobór odpowiedniego ustawienia jest sprawą najmniej istotną: Gran Derbi pokazało boiwem, że zawodnicy grający na nowych dla siebie pozycjach nie tracą jakiegokolwiek ze swoich walorów. Ba! Momentami prezentują się znacznie lepiej, co tym bardziej jest zaskakujące dla rywala.
Jeszcze słowo o Realu. "Królewscy" nie grali przeciwko Barcelonie źle. Śmiem wręcz twierdzić, że tak biegającego i walczącego zespołu ze stolicy Hiszpanii, to chyba jeszcze nie widziałem. Poza tym to gospodarze właśnie stworzyli sobie więcej sytuacji, to oni częściej uderzali na bramkę Victora Valdesa, który rozgrywał kolejne znakomite spotkanie (które to już w tym sezonie Panie del Bosque?). Real jednak ponownie bardziej przypomiał zbieraninę indywidualności, aniżleli współpracujący kolektyw. Rozumieć się na boisku bowiem nie zawsze trzeba, ale pracować razem - jak najbardziej.
Wczoraj o 22. Barca wyszła na wieczorny trening tzn. na mecz ligowy i przejechała się po Deportivo La Coruna 3:0. Gospodarze już po 10. minutach nabili przewagę w posiadaniu piłki w stosunku 78-22 (!!), a w trakcie całego spotkania ani na moment nie pozwolili gościom uwierzyć, że Ci są w stanie na Camp Nou strzelić choćby jednego gola. Dowody? Proszę bardzo: strzały celne: 13-2, rzuty rożne 14-2, strzały niecelne 6-3. Wszystkie te statystyki są oczywiście po stronie Barcy. Teraz zespół Guardioli czekają derby z Espanyolem. To jeden z trzech ciężkich wyjazdów, które czekają Barcę w najbliższym czasie. Katalończykom przyjdzie się jeszcze bowiem zmierzyć z Villarrealem i Sevillą. Mecze te będą miały kluczowe znaczenie w wyścigu o mistrzostwo Hiszpanii.
sobota, 10 kwietnia 2010
Gran Derbi czas zacząć

Jutro o tej porze wszystko będzie już jasne. Tygodnie oczekiwań, dni ciągnące się w nieskończoność przeplatane jakimiś roztruchtaniami w meczach z Teneryfami lub innymi Saragossami wreszcie dokończą swój żywot. 10 dzień kwietnia, Santiago Bernabeu, godzina 22: Real Madryt - FC Barcelona.
To będzie 90 minut, w trakcie których kibic w sposób absolutnie wzorzysty upodobni się do swoich piłkarskich idoli. Żaden mecz nie zmusza bowiem fanów do tak drastycznej pracy organizmu na długu tlenowym, co Gran Derbi Europy. Zbyt intensywny oddech, wzrok błądzący po domowych pieleszach lub też chroniczne swędzenie najrozmaitszych części ciała mogą spowodować utratę chociażby nanosekundy tego wyjątkowego spektaklu. A utrata choćby chwili z tych najlepszych 180. minut piłkarskich fajerwerków w ciągu roku, to jak zabranie niemowlakowi ukochanej zabawki: fakt z pozoru mało znaczący, ale rozpacz jakże wielka.
Wynik końcowy, zestawienia personalne zespołów, pogoda - wszystko to są sprawy otwarte. Jedynym pewniekiem jest to, iż biegające po boisku miliony euro nie zafundują nam żenującego występku ("występ" to w tym kontekście zbyt duży komplement), który mieli dziś nieszczęście oglądać kibice w Lubinie. Zagłębie zremisowało z Cracovią 0:0, wynik końcowy = wynik początkowy, spotkanie niby się odbyło, ale wszyscy woleliby żeby jednak było odwrotnie. Derby Europy nigdy takie nie były i nie będą. Poziom nudy wynosi bowiem w tych meczach -0 (słownie: minus zero), a ziewanie pojawia się dopiero wtedy, gdy w kilkanaście godzin po spotkaniu, zbyt wielka dawka wrażeń mozolnie kieruje nasze kroki w objęcia Morfeusza.
Neutralność, w kontekście rywalizacji madrycko-katalońskiej, jest niespotykana, czy wręcz niemile widziana. Karkołomne frazy typu: "Jestem za Realem, ale jeśli wygra Barca, to też się będę cieszył" są totalną abstrakcją i fikcją. Albo kibicujesz jednym albo drugim, albo jesteś bordowo-granatowy albo biały. Wszelkie półśrodki i wynaturzenia kibicowskie w ogóle nie wchodzą w grę. Cristiano Ronaldo w jednym z wywiadów powiedział, iż ma nadzieję, iż w spotkaniu Real - Barca zwycięż drużyna lepsza. Ja powiem inaczej. Niech ten pojedynek wygra zespół grający piękniejszą piłkę, futbol na tak.
piątek, 26 marca 2010
Będzie ciekawie

Największym pewniakiem w środowej kolejce Primiera Division było zwycięstwo Almerii nad Saragossą; obrońcy gości, po ubiegłotygodniowej porażce z Barceloną, mieli bowiem chyba powykręcane wszystkie możliwe stawy, mięśnie, chrząstki i inne kończyny. Nie lubię tego porówniania, ale muszę go użyć: momentami Messi mijał ich jak pachołki i stąd też mój wniosek, że defensorzy Saragossy za cholerę nie odkręcą się z murawy do środowego spotkania z Almerią.
Więcej szczęścia mieli gracze Osasuny, którzy powinni odpalić w niedzielę na tacę o kilka Euro więcej za to, że Argentyńczyk nie miał we środę swojego najlepszego dnia. W ogóle Barca zwycięża ostatnio w lidze w stylu szwędająco-truchtającym aż cisną się na usta Gombrowiczowskie frazy, że "jak zachwyca, jeśli nie zachwyca?". Dobrze, że chociaż Ibrahimovic uczynił pewien postęp i zaczął trafiać do pustej bramki z czym miał wyraźny problem w spotkaniu na La Romareda.
Środowo-czwartkowe pojedynki w lidze hiszpańskiej to był zresztą popis nieudolności obrońców, którzy prezentując poziom nawet niższych od maestrii Piotra Polczaka i Marka Wasiluka, pokazywali jak bronić się nie powinno. To, co wyrabiali przecież defensorzy Getafe w meczu przeciwko Realowi powinno się skończyć dla nich dożywotnią banicją i dziesięcioma latami katorżniczych prac w kamieniołomach na Syberii. Wszystkie drużyny okołomadryckie wyróżniają się co prawda dziurawą defensywą, jednak gra w La Liga do czegoś przecież zobowiązuje. No chyba, że taki Mane lub Cotres wolą truchtać po polskich boiskach - hiszpański szlak w naszej Ekstraklasie został już przetarty, więc przeszkód raczej nie ma.
Dla "Królewskich" najbliższe spotkania to czas derbów: małe derby Madrytu już za nimi, w niedzielę na Santiago Bernabeu przyjedzie Atletico, a za dwa tygodnie Gran Derbi Europy Real - FC Barcelona. Katalończycy leniuchować także nie będą. W krótkim odstępie czasu zagrają pięć arcyważnych spotkań: Mallorca (wyjazd), Arsenal (wyjazd), Bilbao (dom), Arsenal (dom), Real (wyjazd). Jakiekolwiek wyniki nie padłyby w tych spotkaniach, jedno jest pewne: Będzie ciekawie!
sobota, 20 marca 2010
Powrotów czas

Losowanie ćwierćfinałowych par Ligi Mistrzów przyprawiło z pewnością o dygotanie mięśnia sercowego kibiców i pilkarzy różnej maści, jednakże dwa serca zabiły w tym czasie o wiele mocniej i potężniej niż pozostałych. Thierry Henry i Cesc Fabregas zagrają bowiem nie tylko przeciwko sobie, ale przede wszystkim przyjdzie im się zmierzyć z własną historią; historią pisaną w innym klubie, innym środowisku, wśród innych ludzi. Francuz odchodził z ówczesnego jeszcze Highbury jako piłkarz absolutnie nie do zastąpienia; był w Arsenalu najlepszym strzelcem, wybitnym pomocnikiem, kapitalnym obrońcą, a nawet wysokolotnym bramkarzem, słowem WSZYSTKIM. Cesc z kolei uchodził z Barcelony niemal ukradkiem, nie zauważony przez wszędobylskich paparazzi, którzy z pewnością mieli o nastolatku z La Masia równie mgliste pojęcie, co reszta świata. Hiszpan w krótkim czasie stał się kolejnym z symboli "Kanonierów" i udowodnił, iż zespół Arsena Wengera potrafi pięknie kopać piłkę nawet bez Henryego. Francuz natomiast jest na Camp Nou graczem solidnym i użytecznym, ale arsenalowskie błyski zdarzają mu się równie często, co Realowi Madryt przejście 1/8 finału Ligi Mistrzów.
Dwumecz Barcelony i Arsenalu jest określany jako starcie drużyn o podobnej filozofii piłkarskiej: dużo gry kombinacyjnej na jeden kontakt, olbrzymie umiejętności techniczne zawodników, które umożliwiają im swobodne rozgrywanie akcji na małej przestrzeni. Wszystko rozstrzygnie się z pewnością w rewanżu na Camp Nou - tam Barca w tym sezonie z reguły nie zawodzi, więc jeśli "Kanonierzy" nie wbiją Katalończykom na Emirates Stadium kilku bramek, to ich sytuacja będzie naprawdę trudna.
Gracze Wengera zdają sobie z tego jednak sprawę zwłaszcza po środowym wieczorze, kiedy "Duma Katalonii" rozniosła czołową drużynę ligi niemieckiej Vfb Stuttgart nie pozwalając gościom na stworzenie choćby pół okazji do zdobycia bramki. Momentami wyglądało to trochę tak jakby Barca założyła narzutki treningowe i wyszła na odrobinę mocniejszy sparing, bo przepaść dzieląca oba zespoły była wręcz przerażająca. Zwycięstwo Katalończyków bylo możliwe między innymi dzięki świetnej grze Yaya Toure, który, wobec kontuzji Xaviego, wcielił się w rolę naprawdę klasowego rozgrywającego. Wracający natomiast do zdrowia Seydou Keita z pewnością pomoże Guardioli w ustalaniu optymalnego składu w najważniejszej części tego sezonu.
wtorek, 16 marca 2010
Weekendowe harce

Oj, co to był za weekend! Działo się, oj działo:) Wybranie najciekawszego, najintensywniejszego pod względem emocji wydarzenia jest równie prawdopodobne, co osądzenie, która gwiazda na niebie świeci najpiękniej, więc postaram się uchwycić kilka najznamienitszych chwil sobotnio-niedzielnych konfrontacji.
1. Adam Małysz vs. Miran Tepes
Słoweniec kompromituje się coraz częściej, a jego pozycja w Międzynarodowej Federacji Narciarskiej staje się niestety coraz mocniejsza. Tepes niemiłosiernie wypaczył wyniki niedzielnego konkursu skoków narciarskich w Oslo, brutalnie wdepnął w sportową rywalizację i kolejny już raz udowodnił, że nie ma pojęcia o słynnym narciarskim sloganie mówiącym, iż "warunki powinny być równe dla wszystkich". Adam Małysz należy więc chyba do tych mniej równych, skoro Słoweniec potraktował go jak marionetkę, którą co chwila można sadzać na belce startowej lub ją z niej zdejmować, w zależności od własnego widzimisię. Ludzkość ma wyjątkowe szczęście, że Miran Tepes nie obsługuje sygnalizacji świetlnych na naszych skrzyżowaniach, bo korki byłyby wtedy równie długie, co lista przewinień Słoweńskiego "wypaczacza" wyników.
2. Serie A
Liga włoska znalazła chyba sposób na nudę wiejącą z boisk Serie A: pal licho zwycięzców, przegranych, poziom sportowy i wszelkie taktyczne założenia! Nie liczy się bowiem jakość, a ilość - to hasło przewodnie ostatniej kolejki Serie A, w której padło aż 39. bramek! Średnia 3,9 gola na mecz mówi nam tylko tyle, że inaczej niż poprzez strzelanie wielu goli, kibiców na stadion lub przez telewizor przyciągnąć się po prostu nie da. Nowe warianty taktyczne w stylu 1-1-8 lub 0-5-5 powinny być odtąd znakiem firmowym włoskich kopaczy; może chociaż tak spróbują nas zachęcić do częstszego spozierania w stronę Półwyspu Apenińskiego.
3. Jan Urban vs Maciej Skorża
No to Panowie ex-trenerzy zasilili grono bezrobotnych, ale na miejscu ich pracodawców, zrobiłbym to już dawno. Zwłaszcza przypadek Urbana pokazuje, że "szkoleniowa myśl hiszpańska" nie zawsze musi się kojarzyć z radosnym futbolem obecnych Mistrzów Europy, ponieważ jej rodzimy płodozmian jest raczej karłowatym, zniekształconym podgatunkiem, który nie ma nic wspólnego z jej najczystszym paradygmatem. Czy Białas i Kasperczak gwarantują poprawę gry Legii i Wisły? W żadnym wypadku. Jeśli miałbym jednak wybierać, który szkoleniowiec zachowa swoją posadę na dłużej, to obstawiałbym tego drugiego, chociaż casus Górnika Zabrze pokazuje, że niczego w piłce nie można być pewnym.
4. FC Barcelona vs. Valencia
Właściwie to powinienem napisać "Messi vs. Valencia". Argentyńczyk po raz kolejny bowiem uratował skórę swoim kolegom, którzy w dramatyczny sposób szarpali się z 3. drużyną La Liga, w której zabrakło jej najlepszego strzelca Davida Villi. 45 minut świetnej gry Henrygo i kolejne rewelacyjne spotkanie Messiego wystarczyły jednak aby nie stracić dystansu do Realu Madryt, który na stojąco pokonał swego imiennika z Valladolid. We środę czeka jednak Barcę spotkanie o wiele trudniejsze: na Camp Nou przyjeżdża Vfb Stuttgart, ktory już udowodnił, że przeciwko Katalończykom grać potrafi.
piątek, 12 marca 2010
W Madrycie wciąż bez zmian

Pojęcia nie mam, która to persona odważyła się zbić weneckie lustro w 2004 roku w okolicach Santiago Bernabeu: czy był to złowieszczy przybysz ze złowrogiej Katalonii, który postanowił z premedytacją, w drobny mak rozkruszyć delikatne szkiełka? Czy może był to jednak nieszczęsliwy wypadek z rzędu tych, których doświadczył w 2002 roku Santiago Canizares, kiedy to kontuzja palca powstała na skutek stłuczenia...wodą po goleniu uniemożliwiła Hiszpanowi wyjazd na azjatycki Mundial? Kimkolwiek nie byłby jednak ów nieszczęśnik, nie zdawał sobie zapewne sprawy jak drogocenna moze być wartość rozbitego szkła w kontekście Realu Madryt. Sześć lat nieszczęść już minęło, pozostał więc już "tylko" rok.
Gracze Olympique Lyon nie okazali się takimi frajerami, jakich w Madrycie oczekiwano. Rywali pokoju Malagi czy Tenerife, to można bowiem lać ile wlezie jedynie w Primiera Division, gdyż kopaczom z tychże drużyn dosłownie nogi odejmuje, kiedy przychodzi im stanąć na murawie Santiago Bernabeu. Żeby było jeszcze śmieszniej, to "Królewscy" trafili chyba na najsłabszą wersję Lyonu w historii Ligi Mistrzów; pozbawieni Juninho i Benzemy w niektórych meczach przypominali bezzębnego tygrysa, któremu polować się już po prostu nie chcę, skoro efekt (nieudany) jest aż nadto oczywisty. Brak zębów, a nawet kilku innych części ciała zaprezentował jednak w dwumeczu przede wszystkim Real Madryt, bo percepcję mam zbyt ograniczoną, aby uwierzyć jakim cudem Higuain nie trafił do pustej (na miłość Boską, PUSTEJ!) bramki. Gonzalo!, to nawet Maciek Iwański by trafił! Dobrze, że Argentyńczyk nie wie jak wielką inwektywą został teraz spaprany.
Chociaż klęska Realu jest odmieniana bez przerwy w mediach przez wszystkie przypadki, to nikt nie ośmieli się rzec, iż mistrz Francji pokonał "Królewskich" niezasłużenie. Szczęścia Lyon miał co prawda całą taczkę, ale gdyby wynik środowej konfrontacji brzmiał 0:3, to nikt do nikogo nie miałby pretensji. No ale najwidoczniej zarówno Lisandro Lopez jak i Cesar Delgado zapatrzyli się na popisy Higuaina i chcieli się przekonać, czy oni rownież potrafią dać ciała w tak idealnych sytuacjach.
"Jedna wiara, jeden klub, 1/8 aż po grób" - słowa jednego z internautów nie wywołują uśmiechu chyba jedynie w stolicy Hiszpanii. Florentino Pe., to już w ogóle musi mieć kwaśną minę, bo co tu robić dalej: kupować nowy miot galaktycznych grajków, czy może jednak dać im jeszcze jedną szansę zmieniając jednocześnie trenera? Pellegrini podobno zarezerwował już bilety na Bali na tegoroczne wakacje. I są to bilety tylko w jedną stronę.
poniedziałek, 08 marca 2010
Grając w dziesięciu

Czerwona kartka dla Zlatana Ibrahimovica jest swoistym symbolem sytuacji kadrowej FC Barcelony w tym sezonie; kiedy Szweda obserwujemy bowiem w wyjściowej jedenastce drużyny Guardioli staje się jasne, że Blaugrana będzie musiała się szarpać z przeciwnikiem grając w osłabieniu. Szwędający się, truchtający, pozbawiony słynnego DNA Barcy Ibrahimovic bardziej bowiem przypomina jednego z defensorów zespołu przeciwnika, aniżeli ponoć jednego z najlepszych napastników świata. To nie jest jednak ten świat, w którym gra Barcelona. Nie jest bowiem przypadkiem, iż Blaugrana w meczu z Almerią lepiej radziła sobie grając w dziesiątkę; "lepiej" nie znaczy jednak w tym wypadku "dobrze".
Dwa kosztowne błędy Carlesa Puyola sprawiły, iż pozycję lidera Primiera Division żarłocznie przechwycił Real Madryt, który przez większą część spotkania z Sevillą udowadniał, że pierwsze miejsce w tabeli jest wciąż w stolicy Hiszpanii mityczną fatamorganą. Wystarczyło jednak magiczne pół godziny, w ciągu których żaden kibic na Santiago Bernabeu nie usiadł nawet przez chwilę. Zawodnicy Manolo Jimeneza zostali rozstrzelani jak kaczki i była to egzekucja wyśmienita: jej finał został zwieńczony wygodnym siadem na fotelu lidera i spokojnym oczekiwaniem na środowych przybyszów z Olympique Lyon.
Wracając jednak do Puyola, kapitan Barcy był wielokrotnie symbolem niezmordowania, katorżniczego wysiłku oraz profersorskiej, defensywnej nieomylności; jeśli już się na boisku mylił, to były to raczej mikro-, nano-, quasibłędziki, aniżeli słynne oratorskie "wielBŁADY" Jana Tomaszewskiego. Występ Puyola przeciwko Almerii każe spojrzeć na dokonania Barcelony w tym sezonie z szerszej perspektywy. W niewielu spotkaniach "Duma Katalonii" zaprezentowała blask i cudowne, piłkarskie sztuczki, wśród których swobodnie poruszała się rok temu. Zaczynam się jednak coraz mniej temu dziwić, bo nawet najczystszy brylant traci swoją wartość, kiedy jego delikatna struktura zostanie skażona rysą. Barcelona nie wygra absolutnie nic w tym sezonie, jeśli nadal będzie grała w dziesięciu.
wtorek, 02 marca 2010
Barcelona - Malaga 2:1

Od przeciągłego ziewania, po znudzenie, zwątpienie aż do ekstatycznego, radosnego podniecenia - stany emocjonalne kibiców Barcelony podczas sobotniego spotkania z Malagą, to osobliwa wiązanka niecodziennych barw i emocji. Kompozycja ta zdumiewa tym bardziej, iż nikt nie przypuszczał, że konfrontacja lidera i 12. zespołu Primiera Division może być aż tak dramatyczna.
Taktyka gości w tym spotkaniu była prosta jak budowa cepa: bronimy się jak się da i ile się da, i próbujemy zaczaić się na rozpaczliwą kontrę. No i w 81. minucie im się udało, a podręcznikową akcję z profesorskim spokojem wykończył Valdo. Radość, która zapanowała w Madrycie, wróć... w Maladze trwała jednakże tylko 3 minuty. Rozgniewani piłkarscy bogowie zrozumieli chyba wówczas, że na stojąco wygrywa się jedynie mecze w turniejach golfowych, a nie spotkania w lidze hiszpańskiej. Wystarczyło bowiem jedno cudowne zagranie Xaviego, jedno mądre, ofensywne wejście Daniego Alvesa, aby goście zrozumieli jak bezradny może być piłkarz rywali wobec talentu graczy z Camp Nou.
Największym wygranym pojedynku z Malagą jest jednak bez wątpienia Pedro Rodriguez. Bramka młodego Hiszpana należała co prawda do tych z rzędu bardziej przypadkowych niż genialnych, jednak ilość sytuacji jakie Pedro wypracował kolegom jest doprawdy imponująca. Postawa wychowanka Barcelony martwi w Katalonii tylko jedną osobę, która nazywa się Thierry Henry. Porównanie obu graczy, to jak zestawianie ze sobą Vidica z Polczakiem lub też Torresa z Chmiestem. Wszystko wskazuje na to, iż dni/miesiące Francuza w drużynie Pepa Guardioli są policzone.
Luty jest dla Barcy zawsze miesiącem ciężkim. Tak jak i rok temu, Katalończycy swoją grą nie zachwycali, a w dodatku spadła na nich niespodziewana plaga kontuzji. Oby marzec okazał się dla Barcelony czasem zdecydowanie lepszym pod każdym względem. Byle do wiosny:)
niedziela, 28 lutego 2010
Aaron Ramsey

Złowieszcza strona piłki kopanej po raz kolejny wyszczerzyła na światło dzienne swoje okrutne lico. Pokazała, że poza olśniewającymi dryblingami, cudownymi bramkami, meczami, w których emocje ocierają się o absolut ogólnoludzkiej histerii, istnieje rownież taka część futbolu, która przeraża krwiożerczością, gwałtowną brutalnością, a nawet bezmyślną przemocą. Piłka nożna zabiera bowiem po raz kolejny młodego, zdrowego, obiecującego zawodnika, by - nie wiedzieć czemu - postawić go w rzędzie marionetkowych kalek, których prymarnymi atrybutami stały się maska tlenowa na twarzy oraz wystające, zniekształcone golenie.
Przypadki Eduardo czy też Wasilewskiego pokazują, iż po tak upiornej kontuzji do czynnego uprawiania sportu wrocić jednak można. Aarona Ramseya zapewne więc jeszcze ujrzymy w (nie)dalekiej przyszłości hasającego bezczelnie pod polem karnym rywali. Tego typu zdarzenia po raz -enty rozpoczną zapewne dyskusję o tym, jak karać winowajców tychże tragicznych wypadków. Wzruszenie czy wręcz rozpacz, które malowały się na twarzy Ryana Shawcrossa w żaden oczywiście sposób nie usprawiedliwiają jego "wyczynu"; są one jednak dowodem na przypadkowość i paradoksalną loteryjność tego typu zdarzeń. Za nic bowiem w świecie nie uwierzę, iż zawodnik Stoke celowo chciał uszkodzić rywala: przecież rzecz działa się na środku boiska, dystans do obu bramek był gigantyczny, a zagrożenie utratą bramki przez jednych bądź drugich całkowicie ZEROWE. Nie było także w zachowaniu Shawcrossa idiotycznego zgrywania niewiniątka i próby przekonania całego świata, że przecież "nic nie było" (patrz: A. Witsel).
Pytanie jakie należy teraz zadać nie brzmi jednak: czy gracz Stoke powinien ponieść karę? Nie mówmy bowiem o - jak mawiał klasyk - "oczywistych oczywistościach". Pytanie brzmi bowiem jak wysoka powinna być kara dla Shawcrossa? Próby zawieszania go na dwa mecze i chęć wyciągnięcia z jego kieszeni jakiś miedziaków uznaję za haniebną zniewagę wobec Ramseya i wszystkich piłkarzy i sztabu szkoleniowego Arsenalu. Najrozsądniejszym wyjściem wydaje się być pomysl, aby gracz gospodarzy wrócił do gry dopiero wówczas, gdy do pełnej sprawności powróci zawodnik "Kanonierów". Długa przerwa może więc czekać Ryana Shawcrossa. Tematów do przemyśleń z pewnością mu jednak nie zabraknie.
P.S. Nie zazdroszczę uczuć, jakie targały Eduardo widząc kontuzję swego młodszego kolegi. Mecz przeciwko Bigminghami i starcie z Martinem Taylorem rozegrały się bowiem ponownie przed jego oczami.
środa, 24 lutego 2010
W Stuttgarcie powiało nudą

Danie, jakie zaserwowali nam wczoraj katalońscy kopacze w niczym nie przypominało subtelnych i wyrafinowanych delicji, do jakich gwiazdy z Camp Nou nas przyzwyczaiły. Był to raczej cieżkostrawny, podtruty odrobiną arszeniku zestaw kolacyjno-kelnerski - skojarzenia z grajakmi z San Marino są naturalnie słuszne, gdyż występu niektórych zawodników Barcelony do innych kategorii przydzielić się po prostu nie da. Żenującyh popisów swoich podopiecznych nie mógł w spokoju obserwować rownież Pep Guardiola, który co chwila próbował dokonywać przeróżnych korekt personalno-taktycznych, zwłaszcza w formacjach defensywnych.
Remis na niemieckiej ziemi, Barca powinna rozpatrywać w kategoriach ogromnego zwycięstwa, gdyż we wczorajszym pojedynku całą pulę powinni zgarnąć gospodarze. Nieudolne drybligi Messiego, statyczność i nieudolność Ibrahimovica nie były w stanie przeciwstawić się bezczelnym rajdom Cacau czy też nieszablonowaym zagraniom Hleba. Dlaczego tylko Bialorusin nie grał tak w barwach Blaugrany? 45 minut fantastycznego koncertu to jednak zbyt mało, aby pokonać obrońców Pucharu Europy. Druga połowa to nudna i mętna gra Barcelony i nieudolna próba złapania oddechu przez zawodników Stuttgartu, którzy padali na boisku jak muchy pod wpływem łapiących ich skurczy. O ambicji niemieckich zawodników świadczą statystyki przebiegniętych przez nich kilometrów, gdyż wyniki około 13000 metrów są naprawdę imponujące. Z Barcą może grać każdy, zwyciężyć ją - nawet będąc od niej lepszym - dane jest jedynie nielicznym.
Rewanż na Camp Nou musi być już popisem Katalończyków. Pseudotezy o świetnej grze Stuttgartu na wyjazdach może i są prawdziwe, lecz wiktoria w Barcelonie jest równie prawdopodobna, co halpfajfowy występ klanu Ligockich na Igrzyskach w Vancouver bez upadku. Obyśmy tylko nie oglądali kolejnego piłkarskiego gniota, po którym zgaga bezczelnie przypieka kibicowskie serce. I z tą nadzieją będziemy żyli aż trzy tygodnie.
|